środka i zapaliła światło.

Mark nie posiadał się ze zdumienia. Jakim cudem ktoś może tak po prostu wziąć swoje rzeczy i ruszyć w drogę? Wszystkie znane mu kobiety potrzebowałyby kilku godzin, żeby się spakować, o czasie potrzebnym na podjęcie decyzji nie wspominając. Tammy zachowywała się tak, jakby miała w plecaku wszystko, co jej do życia potrzebne.
- Od Mary Beth? Nie miałem czasu, żeby choćby o niej pomyśleć. - Ale nie zabrakło ci go, żeby wyobracać tę głupią dziewuchę, z którą ożenił się George, i to nie dalej, jak ostatniej nocy. Chris nie czuł się zażenowany tym, że ojciec wiedział o wszystkim. Już raczej zaskoczony i rozbawiony. - Twoja sieć informatorów jest niesamowita, Huff. Jak ty to robisz? Nawet leżąc tu, na OIOM-ie. Huff roześmiał się cicho. - Powiem ci coś lepszego. Wiedziałeś o tym, że twoja siostra pojechała wczoraj z Beckiem do baru rybnego? Potem Beck odwiózł ją do hotelu, dopilnował, żeby się zameldowała, odprowadził do drzwi i wszedł do środka. Chris przypomniał sobie morderczy wyraz twarzy Becka, gdy Klaps Watkins uczynił wulgarną uwagę na temat Sayre. Tylko że Beck był mężczyzną ze starej szkoły i traktował wszystkie kobiety jak damy, dopóki mu nie udowodnią, że nimi nie są. Dlatego Chris wyśmiał insynuacje Huffa kpiarskim prychnięciem: - Chyba nie sugerujesz, że między nimi coś jest. Sayre znienawidziła Becka od pierwszego wejrzenia, ponieważ jest jednym z nas. - Więc dlaczego nie wróciła do San Francisco? - Ponieważ myślała, że umrzesz. - Hmm, może. - Huff założył ręce za głowę. - Mimo wszystko, byłoby to interesujące, nie sądzisz? - Co? - Gdyby Beck i Sayre się ze sobą związali. - Na twoim miejscu nie nastawiałbym się na to. Beck lubi słodkie, łagodne kobiety o małych wymaganiach. Sayre kompletnie nie pasuje do tego rysopisu. - Oczywiście, że się na nic nie nastawiam - odparł Huff - ale zacząłem rozważać ten scenariusz jako drugi wariant rozwiązania mojego problemu. - Którego konkretnie? - Doczekania się trzeciej generacji Hoyle'ów, zanim zabije mnie jakiś rozległy atak serca. Jeśli chcesz zostać ojcem mojego wnuka, lepiej zakręć się wokół rozwodu z Mary Beth. Jeśli jest bezpłodna, nie ma sensu się z nią dłużej szamotać. Wybrałeś już sobie następną kobietę? Lilę? - Lilę? Bynajmniej! - Lepiej więc nie trać na nią swojego i mojego czasu. To tylko taka mała sugestia. - Huff nacisnął guzik obniżający łóżko, ułożył się wygodnie i zamknął oczy. Chris odebrał to jako sygnał, by zostawić ojca w spokoju. Opuścił szpital, unosząc ze sobą wszystko, co powiedział mu Huff. Wiedział z doświadczenia, że z ust jego ojca nigdy nie padają żadne przypadkowe i trywialne słowa. 17 Dom stał na uboczu, z dala od głównej drogi. Do schodów prowadzących do wejścia wiodła wąska ścieżka wysypana pokruszonymi muszlami ostryg. Szpiczasty dach budynku ocieniał ganek. Ciemnozielone drzwi wejściowe umieszczono dokładnie pośrodku fasady, okolone po obu stronach dwoma dużymi oknami o ciemnozielonych okiennicach. Ściany pomalowano na biało. Sayre skręciła na ścieżkę i zaparkowała tuż przed schodami, ozdobionymi rabatkami kaladium i pelargonii, przywiędniętych w bezlitosnym upale. Beck siedział na zamontowanej na ganku huśtawce z drzewa tekowego, trzymając w jednej ręce butelkę z piwem, a drugą głaszcząc gęste
- Czyżby to pana obudziło? Mam kazać im przestać?
Chris wciągnął powietrze z mokrym świstem. - Powiedziałeś, żebym się tym zajął - powiedział niemal niedosłyszalnie. W jego słowach pobrzmiewało niezrozumienie i zaskoczenie dezaprobatą Huffa. Stary pochylił głowę i pocałował Chrisa w skroń. Na jego twarzy krew mieszała się ze łzami. - Kochałem cię najbardziej z moich dzieci. Wiedziałeś o tym. Ale Danny też był moim synem - wymamrotał z bólem. - Ciało z mojego ciała, krew z krwi, a ty go zabiłeś. Dlaczego, Chris? Dlaczego?! Beck spojrzał na Sayre, która zdążyła już zadzwonić po pogotowie i stała teraz, przyglądając się bezradnie rozgrywającej się przed nią scenie. Gdy ich oczy się spotkały, Beck zobaczył odbicie swoich myśli w jej źrenicach. Chris zrobił jedynie to, czego nauczył się od własnego ojca. Huff nie przestawał lamentować, gdy krew odpływała z ciała Chrisa, tworząc wokół nich kałużę. Huff tulił ukochanego syna do piersi i kołysał go niczym niemowlę. Głaskał go po włosach, całował policzki. Raz po raz powtarzał, że jego kochał najbardziej i po tysiąckroć zadawał to samo pytanie: - Dlaczego, synu? Jak mogłeś zabić swojego własnego brata?! Wreszcie nadjechał ambulans. Kiedy sanitariusze próbowali rozdzielić ojca i syna, Huff zaczął z nimi walczyć jak szaleniec. Cały umazany krwią Chrisa i swoim potem, krzyczał do ochrypnięcia, że nikt nie odbierze mu jego pierworodnego... który nie mógł już niczego usłyszeć. Epilog - Wyglądasz na wyczerpanego. - Muszę przyznać, że tak właśnie jest - odparł Beck, wchodząc po schodach na ganek, gdzie czekała na niego Sayre z Fritem. - To było potworne sześć godzin. Tyle czasu zajęło, by w szpitalu okręgowym oznajmiono Huffowi, że Chris umarł w drodze do szpitala, oraz odstawiono Huffa do aresztu. Został zatrzymany za nieumyślne spowodowanie śmierci, ponieważ strzelił w kierunku Chrisa, doprowadzając do wypadku. Huff nie był w stanie podjąć jakiejkolwiek decyzji, więc Beck wystąpił jako jego przedstawiciel, natychmiast kontaktując się z adwokatem, którego niedawno wynajął Chris. Prawnik zgodził się reprezentować Huffa i przybył do Destiny tak szybko, jak pozwolił mu na to jego podrasowany lexus. Zastępca prokuratora z biura okręgowego przyjechał na wezwanie Wayne'a Scotta, aby przesłuchać Sayre i Becka. Musieli opowiedzieć swoją historię kilkakrotnie. Beck zdołał udzielić wielu informacji. Nie ominął niczego, wyjaśniając ze szczegółami, jak podsłuchana przez Huffa rozmowa z Chrisem doprowadziła do śmierci tego ostatniego. - Nie wątpię, że Huff chciał zastrzelić mnie za to, że go oszukałem - powiedział prokuratorowi. - Wiedziałem, że aby ich pokonać, muszę nauczyć się myśleć i działać jak oni, stać się jednym z nich. Sayre słuchała z rosnącą konsternacją. Z miłości do ojca i poczucia obowiązku wobec niego, Beck został niestety adwokatem Hoyle'ów. - Kiedy Huff usłyszał, jak Chris przyznaje się do planowania morderstwa Danny'ego, chyba stracił rozum. Wystrzelił z wściekłości i chybił. Kiedy jednak Chris cofał się w niedowierzaniu, zamachał rękoma i przypadkowo włączył podajnik. Zepsuty pasek klinowy zerwał się, a kawałki metalu rozprysnęły się wokoło niczym szable. Jeden z nich zranił Chrisa. Ostatecznie Sayre została zwolniona z dalszych przesłuchań, ale Beck jeszcze kilkakrotnie musiał powtarzać swoją historię. Przypomniano mu też, że naruszył w ten sposób zasadę
rękawem otarł łzy i wyruszył - z tajemniczą pomocą Róży - w dalszą podróż.
- Nie wystarcza ci, że jestem różą i TWOIM Uśmiechem Zachodzącego Słońca?... Chciałbyś, żebym czasem była
- Twoja strata, przyjacielu. W każdym razie, wyszedłem od niej około piątej, przebrałem się w domu i pojechałem do Breaux Bridge. To wszystko. Nie mam nic więcej do dodania. - Rozłożył ręce, unosząc dłonie i spojrzał na Becka błagalnie. - Poza tym, podaj mi chociaż jeden dobry powód, dla którego chciałbym zabić Danny'ego. - To akurat będzie działało na naszą korzyść - odparł Beck. - Brak motywu. Mimo wszystko, próbują cię wmieszać w tę sprawę i ten młody gorliwy detektyw na pewno szuka sposobu. Jeżeli jest coś, o czym nie wiem. - Nie ma. - Lepiej powiedz mi teraz, Chris. Nie kłam. Muszę wiedzieć, czy mam zwerbować dobrego prawnika, przekupić jakiegoś obrońcę wyspecjalizowanego w sprawach kryminalnych? - Nie. Zadzwoniła komórka Becka. Sprawdził numer na wyświetlaczu. - To Huff. Chris zakrył oczy dłońmi. - Cholera. Beck odebrał: - Witaj, Huff. Już ruszamy z powrotem. Powinniśmy się pojawić za pięć minut. Chcesz koktajl? Możemy wstąpić po drodze do Dairy Queen. Jesteś pewien? W porządku. Tak, opowiem ci wszystko zaraz po przyjeździe. - Rozłączył się i spojrzał na Chrisa. - Jedziemy prosto do pracy. Huff na nas czeka. - Ile powinniśmy mu powiedzieć? - Wszystko. Jeżeli tego nie zrobimy, wydobędzie resztę od Rudego. Oczywiście za plecami Wayne'a Scotta. - To kolejna rzecz, która będzie działała na moją korzyść. Stary poczciwy Rudy Harper. Nie wpakuje mnie w to sfingowane morderstwo. Sayre nie wróciła do Nowego Orleanu. Po wizycie w odlewni, rozmowie z Clarkiem i ataku płaczu była wyczerpana fizycznie i psychicznie. Dwugodzinna jazda samochodem, a potem niewygodna podróż samolotem rejsowym wzbudzały w niej teraz wyłącznie niechęć. Jeden z jej klientów w San Francisco był prezesem firmy czarterowej. Był jej winien przysługę za ekspresowe udekorowanie domu na Russian Hill. Gdy zadzwoniła do niego, wysłuchał jej ze zrozumieniem i poprosił o pięć minut na poczynienie niezbędnych przygotowań. Oddzwonił po czterech. - Na szczęście mamy w Houston wolny samolot. Już po ciebie leci. - Czy miejscowe lotnisko będzie mogło przyjąć prywatny odrzutowiec? - To pierwsza rzecz, jaką sprawdziłem. W Destiny jest spora firma, zdaje się, że produkują metalowe rury. Mają firmowy odrzutowiec. Sayre przypomniała sobie, że Beck o tym wspominał. Nie powiedziała swojemu rozmówcy, że jest udziałowcem tej „sporej firmy". - Zostaw kluczyki od samochodu obsłudze lotnika - ciągnął. - Ktoś odbierze go później i odprowadzi do Nowego Orleanu. Sayre rzadko pozwalała sobie na takie królewskie traktowanie, ale było ją stać na luksus. Poza tym, warto było, jeżeli dzięki temu będzie mogła jak najszybciej wydostać się z Destiny. Postawiła wóz na parkingu dla wypożyczonych samochodów przed lotniskiem i wyciągnęła z tylnego siedzenia torbę podróżną. Gdy znalazła się w hali odlotów, podeszła do niej kobieta w średnim wieku. - Pani Lynch?
- Co tu się dzieje?!
Nauczona doświadczeniem poprzedniego wieczora, przy¬była punktualnie. Nawet pamiętała, by włożyć buty... Tym¬czasem w jadalni zastała tylko głównego kamerdynera, a na stole stało jedno nakrycie. Poczuła jednocześnie ulgę i zawód.
Lepiej, żeby sobie wreszcie poszedł i zostawił ją sa¬mą. W przeciwnym razie ulegnie pokusie, wtuli się w jego ramiona i... skończy jak Lara. Ta myśl natychmiast ją otrzeźwiła.
- Boisz się psów? - Gwizdnął ostro. Ledwie dokończył pytanie, kiedy przez drzwi kuchenne wypadł Frito. Był pięknym zwierzęciem. Miał złociste futro, bielejące ku brzuchowi. Machał ogonem tak zawzięcie, że Sayre musiała się odsunąć, aby uniknąć uderzenia. Frito przywitał swego pana z takim entuzjazmem, jakby nie widzieli się od miesięcy, a nie zaledwie od kilku minut. Potem przeniósł niepohamowaną radość na Sayre. Zaczął tańczyć wokół jej stóp i lizać radośnie dłonie. Przestał dopiero na polecenie: „Spokój!". Posłuchał natychmiast, grzecznie przysiadając na zadku. Nadal jednak buchał niekontrolowaną energią i wpatrywał się błagalnie w Sayre, dopraszając się pieszczot. Uległa mu. - Jest śliczny. Jak długo pan go ma? - Kilka lat. Jeden z pracowników odlewni przyniósł go kiedyś do pracy, wraz z rodzeństwem. Szczeniaki miały wtedy siedem tygodni. Zajrzałem do pudełka i po prostu musiałem zabrać go do domu. - Poskrobał psa po głowie. - Mieliśmy kilka nieporozumień co do niszczenia mebli, ale teraz nie wiem, co bym bez niego zrobił. Obserwując jego czułe zachowanie wobec psa, pomyślała, że Beck Merchant ma bardzo seksowne oczy, piękny uśmiech i uroczego zwierzaka. Łatwo się było na to nabrać. Ale to nie oznaczało bynajmniej, że jest miłym człowiekiem. W końcu był głównym doradcą prawnym Huffa Hoyle'a, zdolnym do oszustw na dużą skalę i Bóg jeden wie, do czego jeszcze. Nie zamierzała się nabrać na jego urok osobisty ani na udawaną miłość do zwierzaka, którą prezentował teraz w daremnej próbie przekonania jej do siebie. Wyszli z klimatyzowanego wnętrza baru na rozgrzany parking i Sayre poczuła się jak w łaźni. Ciężkie, parne powietrze przytłoczyło ją, na moment pozbawiając tchu. Poczuła zawroty głowy i brzęczenie w uszach. - Wszystko w porządku? - spytał Beck, dotykając jej łokcia. Przyłożyła dłoń do piersi i odetchnęła głęboko przez nos, wypuszczając powietrze ustami. Zawroty głowy minęły, a źródłem brzęczenia w uszach okazała się jedna z neonowych żarówek w nazwie baru. - Chyba nie jestem jeszcze zaaklimatyzowana. - Na to trzeba czasu. - Spojrzał na nią z góry. - Ale nie zostaniesz tu aż tak długo, prawda? - Nie. Nie aż tak długo. Pokiwał głową, ale się nie odsunął. Nadal wpatrywał się w jej twarz. - Zanim odejdę, chciałam zapytać... Ojej! - Co się stało? - Frito nadepnął mi na nogę. Pies próbował się wcisnąć między nich i stąpnął ciężko jedną z łap na jej śródstopie. - Przepraszam. - Beck otworzył szoferkę pikapu i gestem nakazał psu wejść do środka. Retriever wskoczył na siedzenie, jakby robił to już tysiące razy, i wystawił łeb przez otwarte okno od strony pasażera. Wywiesił język, a wyglądał przy tym uroczo prostodusznie. Sayre oparła się o karoserię i obejrzała stopę. - Coś poważnego? - Nie, wszystko w porządku. - Bardzo mi przykro. Frito myśli, że jest małym pieskiem salonowym. Mimo pulsującego bólu powiedziała: - Bardziej mnie to przestraszyło, niż zabolało. - Chciałaś o coś zapytać. Przez chwilę usiłowała sobie przypomnieć, co to było.
Pani Burchett zawahała się.
- Nie mogę - jęknął z rozpaczą.
mówiąc „ja nieszczęsny!" i doprowadzając do rozpaczy swoją żonę, dopóki nie umrzesz jako bezużyteczny, samotny alkoholik. Możesz jednak zachować się jak człowiek, którym byłeś za młodu. - Chwyciła jego dłoń i ścisnęła mocno. - Nie namawiam cię do zemsty na Huffie. Nic nie zwróci tego, co odebrał ci mój ojciec. Poza tym, nie jest tego wart. Nie pragnę też, żebyś zrobił to dla mnie. - Ścisnęła jego rękę jeszcze mocniej. - Chcę, żebyś zrobił to dla siebie. Jak brzmi twoja odpowiedź? W drodze powrotnej do The Lodge, Sayre ogarnął umiarkowany optymizm. Istniała szansa, że Clark pokaże, na co go stać. Nazwanie go tchórzem było brutalne, ale potrzebował takiego kopniaka w tyłek. Liczyła na to, że pod warstwami przygnębienia w duszy Clarka drzemie jeszcze duma. Urażona ambicja była dobrą motywacją do działania. Nie była pewna, czy jej taktyka poskutkowała. Clark nie przyrzekł, że zrobi to, o co go prosiła. Nie zobowiązał się do niczego. Jednak niezależnie od tego, czy będzie mógł wpłynąć na przyszłość Hoyle Enterprises, czy też nie, miała nadzieję, że Clark zmieni swoje życie na lepsze. Gdy przyjdzie czas, chciała wrócić do San Francisco z poczuciem, że jej wysiłki nie poszły na marne i zrobiła coś dobrego. Stanęła przy drzwiach swojego pokoju w motelu i włożyła klucz do zamka. - Długo balujesz. Podskoczyła ze strachu. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z Chrisem. Zupełnie jakby zmaterializował się w powietrzu. - Czego chcesz, Chris? - Mogę wejść? - Po co? - Chcę porozmawiać z własną siostrą. - O czym? - Jego rozbrajający uśmiech nie zrobił na niej najmniejszego wrażenia. - Zaproś mnie, a się dowiesz. - Pokazał jej butelkę, którą trzymał w dłoni. - Przyniosłem wino. Nie przyszedł tutaj z butelką z dobroci serca, ani też po to, by uciąć sobie pogawędkę z siostrą. Chris miał ukryty motyw we wszystkim, co robił. Jeszcze nie wiedziała, co chciał osiągnąć tym razem. Nie znosiła przebywać w jego pobliżu, ale pomimo swojej awersji była ciekawa. Odwróciła się do drzwi, otworzyła je i weszła, zapalając światła. Chris podążył za nią i rozejrzał się po nieciekawym pokoju. - Nie zaglądałem do tego hotelu od czasów licealnych, kiedy przywoziłem tu dziewczyny. Wtedy nie zwracałem specjalnej uwagi na wystrój wnętrz. Niezbyt zachęcający, prawda? - Nie. - Dlaczego więc nie zatrzymasz się w domu? Przez dziesięć lat wierna Selma utrzymywała twój pokój w nieskazitelnej czystości. Zdjęła czapkę baseballową i potrząsnęła głową, rozpuszczając włosy. - To już nie jest mój dom, Chris. Westchnął nad jej uporem. - Masz przynajmniej jakieś kieliszki? Przyniosła dwa jednorazowe plastikowe kubki z małej łazienki. Chris spojrzał na nie z pogardą, otwierając wino korkociągiem, który przyniósł ze sobą. - To dobre chardonnay, z Napy. - Byłam w tamtej winnicy. Rzeczywiście, doskonałe. Nalał wina i stuknął swoim o kubek Sayre. - Na zdrowie! - Za co pijemy? Za podstęp z Calvinem McGrawem?

Słowa zamarły Milli na ustach, a nadzieja zamieniła się w nowy

Mark wykonał niecierpliwy gest ręką.
- To jeszcze nie koniec - powiedział ponuro Dominik. - Książę Franz się zabawił, ale żenić się nie zamierzał. Rzu¬cił ją, gdy zaszła w ciążę. Wkrótce potem zmarła z przedawkowania narkotyków. Nie mamy pewności, czy to nie było samobójstwo.
porozmawiać z dała od tego okropnego kurzu. Badacz Łańcuchów wziął Małego Księcia na ręce, uniósł go i

- Co ci jest?

zdziwienie. Jak kobieta, którą uważał za przyjaciółkę, mogła zrobić
zrozumieć. Tak! Karolina Północna, przecież tam właśnie byli. Outer
przybory toaletowe.

- Skąd tak naprawdę wzięłaś się na mojej planecie? Dotychczas nigdy nie było tutaj róż. Początkowo sądziłem, że

Nie miała zamiaru słuchać wykładów. Widział to w jej oczach. Znowu coś mamrotała, częściowo w ojczystym języku Indian amerykańskich, częściowo po angielsku. Z tej paplaniny mógł wywnioskować jedynie, że się boi. - Stanie mu się krzywda, on może go nawet zabić. - Drżał jej głos, a ciemne oczy pełne były bólu. - Kogo? Pani syna? - Obu! Buddy’ego i Briga. - Chwileczkę, myślałem, że dotarło do pani, że Brig już dawno nie żyje. - Będzie musiał zadzwonić po lekarzy i zamknąć ją znowu w szpitalu dla psychicznie chorych. Nic do niej nie docierało. Kubek wypadł jej z ręki i gorąca herbata wylała się na kolana. W ogóle tego nie zauważyła. Zamknęła oczy i kołysała się w tył i w przód, jak w transie. Przyprawiała T. Johna o dreszcze. Sięgnął po papierosy. Widział już w życiu wielu szarlatanów i oszustów, którzy wyłudzali od ludzi pieniądze, twierdząc, że są lekarzami. Ale niewielu potrafiło przepowiadać przyszłość, a ci byli przerażający, naprawdę przerażający. Nie podobała mu się myśl, że ktoś pozna jego przyszłość. Może Sunny była jedną z takich osób? A może była po prostu wariatką, osobą psychicznie chorą. Nie mógł znieść jej zawodzenia. Zapalił papierosa i poczuł z rozkoszą, jak dym napełnia mu płuca. Przyniesiono jedzenie z pobliskich delikatesów: kanapki z szynką i chipsy ziemniaczane. Sunny nie zwróciła na to uwagi. Nie przestawała zawodzić. Cały czas w jej ustach przewijało się imię Briga i Buddy’ego. Bez przerwy. Ale ani razu nie padło imię Chase’a. - Co się dzieje? - spytał Gonzales, patrząc na Sunny. - Jest w transie. Myśli, że jej synowie są w wielkich kłopotach, ale ciekawe, że nie martwi się o Chase’a. Tylko o Briga i Buddy’ego. - Myślałem, że Brig to był Baldwin. - Bo był. - T. John wziął pół kanapki i ugryzł ją, ale prawie nie poczuł smaku szynki, musztardy i cebuli, bo jego umysł pracował w przyśpieszonym tempie, coraz szybciej i szybciej. W końcu wszystko zrozumiał. - Cholera! - Wstrząsnął nim dreszcz, jakby ktoś przejechał mu wzdłuż kręgosłupa lodowatym palcem. - Chyba wystawiliśmy akt zgonu nie temu McKenziemu! - Co? Zwariowałeś? - Gonzales spojrzał na starą kobietę. T. John zerwał się na równe nogi. - Niech Doris z nią zostanie. Jedziemy pogadać z McKenziem. Zawodzenie ustało. - Jadę z wami. - Sunny otrzeźwiała w jednej chwili. Cholera, czy to wycie miało jakieś znaczenie? - Nie ma mowy. - Chodzi o moich synów, panie szeryfie. O moich synów. Ich życie jest w niebezpieczeństwie. Jadę z wami. Nie traćmy czasu. - Chwyciła laskę, wsadziła kanapkę do kieszeni i wyszła. Na korytarzu na chwilę przystanęła. - O Boże... - Oparła się ciężko o ścianę. - Już... już za późno. - Patrzyła nieruchomo przed siebie. Jej twarz wykrzywiła się z przerażenia. - Mój Boże, Brig! Brig! - zaczęła przeraźliwie krzyczeć. T. John zawołał o pomoc. - Zabierzcie ją do szpitala. Biegiem. Zastępca szeryfa Doris Rawlings wybiegła zza biurka. - Nie! O nie! Oni się palą! Palą! - Zajmij się nią! - przykazał Wilson, wskazując na Sunny. - Jedziemy do Chase’a McKenziego. Może potrzebować pomocy. Zadzwonię. - Załatwione. - Doris podeszła do Sunny, która szlochała, drapała ścianę i siebie, jakby dręczył ją potworny psychiczny ból. - Śmierć... On umrze. T. John zostawił ją i zbiegł na dół. Jego kroki niosły się echem po budynku. Gonzales biegł za nim. T. John Wilson był przerażony, jak jeszcze nigdy w życiu. Otworzył zamaszyście drzwi i popędził do samochodu. Usłyszał przeciągłe wycie syreny. - Cholera, straż pożarna - zauważył Gonzales. T. John usłyszał dźwięk klaksonów, warkot silników i pisk opon. Spojrzał na wschód, w stronę gór, i zobaczył w ciemności pomarańczową łunę. - Dalej! - Uruchomił silnik i włączył wsteczny bieg, zanim Gonzales zdążył zamknąć drzwiczki. Z poczuciem porażki wyjechał z parkingu na sygnale i na światłach. Bez wątpienia Sunny miała rację. Jest za późno. Cassidy z ciężkim sercem zostawiła Briga w łóżku. Spał. Napisała mu kilka słów wyjaśnienia. Pocałowała go w czoło. Chciała pożegnać się z Ruskinem, ale pies gdzieś zniknął. Dziwne, bo zawsze był przy niej albo leżał na ganku przy drzwiach wejściowych. Trocheja to zaniepokoiło, ale nie poznała jeszcze nocnych obyczajów psa. Nie wiedziała, dokąd jedzie. Chciała znaleźć się jak najdalej domu. Wydawało jej się, że połyskująca w ciemności obrączka z niej szydzi. - Och, Chase - wyszeptała. Czuła się jak straszna zdrajczyni. Zależało jej na nim i była mu wierna, ale nigdy go nie kochała. Nie tak, jak Briga.
nic by go nie powstrzymało. Pewnie ogłuszyłby ją, żeby nie